Przejdź do głównej zawartości

NOSIĆ CZY NIE NOSIĆ - OTO JEST PYTANIE?


noworodek w rękach taty, w koszu

Taka sytuacja z ostatnich dni:

Moje dziecko, które waży już swoje kilkanaście kilogramów i liczy swoje
19 miesięcy, potrafi świetnie samo chodzić, a w zasadzie już biegać, gdzie tylko oczy poniosą, jednak uparcie zachodzi drogę i włazi na ręce, choćby na 2 minuty. Biorę raz, drugi, trzeci…dwudziesty siódmy i w końcu mam dość, mój kręgosłup ma dość, moje nerwy mają dość i stwierdzam, że faktycznie, tak jak niektórzy „radzą”, trzeba oduczyć go tego. Nie biorę go po raz dwudziesty ósmy, podnoszę zniecierpliwiony głos i zostawiam zapłakanego na trawie, idę dalej mrucząc pod nosem niecenzuralne kwestie. Siadam parę metrów dalej na trawie, nerwy mną szarpią i…też mi się chce płakać razem z nim…

NIE NOŚ, BO SIĘ PRZYZWYCZAI!


Nie dlatego, że sobie nie umiem z nim poradzić, że mam dość, że jestem zmęczona tymi pielgrzymkami na rękach, ale dlatego że po czasie do mnie dotarło, że nie tędy droga, że popełniłam błąd. Matka też człowiek, ma swoje granice i puszczają jej od czasu do czasu nerwy i akceptuję to, bo doświadczam „od czasu do czasu”, ale w skrajnych przypadkach dopadają mnie wyrzuty.

Na początku swojej drogi nasłuchałam się wiele o noszeniu dzieci, bujaniu
w wózku, bieganiu na każde ich zawołanie. Wtedy jeszcze się wahałam co jest dobre i prawidłowe, szybko się otrząsnęłam na szczęście dla nas wszystkich. Ale do tej pory krew mnie zalewa, kiedy słyszę tekst: „Nie noś go na rękach, bo się przyzwyczai”, choć  teraz częściej słyszę: „ Przyzwyczaiłaś go do noszenia, to teraz zamiast chodzić, to chce na ręce”. Może. Ale pamiętam też tekst, który kiedyś, gdzieś przeczytałam, że wszystkie te zasady to bzdura, bo przecież ze wszystkiego się wyrasta i nie spotyka się 18-latka noszonego na rękach, czy zasypiającego w wózku.

Podoba mi się to zdanie.

DEMONICZNE BUJANIE W WÓZKU


Każdy etap rozwoju ma swoje prawa i przywileje. Nasz syn był dzieckiem niewymagającym i nie chciał na ręce. Potrzebował za to bujania w wózku, godzinami, intensywnie. Śni mi się czasem to bujanie w nocy. 4 rano, po dwóch, albo trzech godzinach snu, puchaty szlafrok, marzenie o kawie i ciepłej kołdrze, wszechobecny głód hulający po brzuchu i on – główny bohater – wózek, a w nim moje dziecko, a zza pleców kolejna seria kołysanek, wygrywana przez misia i to ogromne pragnienie zwinięcia się w kłębek pod kołdrą. Olaf poczuł ogromną potrzebę noszenia i tulenia „na starość” J Czasem budzi się w nocy i wyciąga ręce, żeby go tylko przytulić. I tak sobie myślę, że dlaczego mam niby go nie nosić, póki tego chce? Przecież za chwilę urośnie i nie będzie chciał nawet mamy za rękę trzymać. Przecież z wielu rzeczy i przyzwyczajeń się wyrasta. Mam naoczne przykłady, choćby kwestia usypiania. Przestrzegano, że nie na rękach, nie przyzwyczajać do wózka, odkładać do łóżeczka i koniec. A nasze dziecko tak się przywiązało do wózka, że już mu nogi wisiały ze spacerówki, niemal w pozycji siedzącej, ale obowiązkowo potrzebował bujania, w tych jakże niekomfortowych warunkach. Do łóżeczka przenosiliśmy go jak zasnął. I pewnego wieczoru, sam
z siebie podreptał do łóżeczka i tam zasnął, wózek stał się przedmiotem nieużytecznym już w naszym domu. Czy coś się strasznego stało z tego powodu, że ponad rok bujaliśmy go przed snem w wózku? Czy świat się zawalił? Czy doznaliśmy uszczerbku na ciele, bądź duszy z tego powodu? Seria pytań retorycznych
J

BAD THINGS


Idąc tropem tego wózka, myślę, że tak będzie z większością tych „złych’ przyzwyczajeń. No bo z drugiej strony maluch chce na ręce nie dlatego żeby zrobić rodzicom na złość, ma swoje konkretne powody – potrzebuje bliskości, potrzebuje poczuć się bezpiecznie i pewnie, albo tak jak wczoraj powiedziała mi bardzo dobra koleżanka, mająca dziecko w wieku naszego syna, że jej córka chce na ręce, bo po prostu z góry lepiej wszystko widać J Więc pojawia się kluczowe pytanie: Mam nie nosić swojego dziecka, żeby nie przyzwyczajać go do czego? Do bliskości i czułości? Przecież to absurd!

MALI MANIPULANCI?


Kiedyś już o tym wspominałam, że noworodek czy niemowlę nie jest terrorystą
i nawet jeśli, jak piszą niektóre matki w internetach albo głoszą zacne poradniki, dziecko uczy się, że jak płacze, to rodzic bierze go na ręce, czy przybiega na zawołanie, to nie jest to jego zła intencja, czy kolejny stopień szkolenia
z manipulacji. Ono uczy się po prostu, że jeśli jest mu źle, potrzebuje bliskości, coś mu dolega to komunikując się w jedyny znany i dostępny mu sposób, uzyska reakcję opiekuna. Buduje sobie przez to bufor bezpieczeństwa, wie, że jeśli coś jest nie tak i zawoła, to jego „prośba” nie zostanie bez odpowiedzi. Jeśli rodzic zaczyna „tresować” malucha, to zdezorientowane dziecko traci pewność, że zawsze ktoś przyjdzie mu z pomocą. Oczywiście, starsze i świadome już dzieciaki, doskonale i szybko opanowują sztukę manipulacji i nie jest to tajemnicą, ale rozmawiamy o maluchach, które nie mówią i cały czas komunikują się
z rodzicami bez słów.

Bliskość i pewność, że zawsze ktoś przyjdzie z pomocą buduje w małym człowieku zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Eksperymenty, które sama zaczęłam uskuteczniać, mające na celu zachowanie asekuracyjne i asertywne, podkopują naszą pozycję SuperRodzica i wywołują niepotrzebny lęk w maluchu, który nie rozumie, dlaczego po raz 101 Mama nie przychodzi, zachowuje się inaczej, schemat zostaje zaburzony.

KLUCZOWA BLISKOŚĆ


Pojęcie bliskości jest niezwykle ważne.  Tak wiele się mówi, o kontakcie
z noworodkiem tuż po porodzie, tak strasznie na tym kobietom zależy, przeżywają jeśli pojawiają się okoliczności, że spotkanie z dzieckiem następuje trochę później. Przywiązuje się dużą wagę do porodu, snuje tysiąc teorii, niekoniecznie sprawdzonych, wpędzając wiele mam w poczucie winy, czy myśl, że to co stało się bądź nie, na sali porodowej ma kluczowe znaczenie dla życia dziecka. A tak naprawdę, to kim będzie dziecko, jak będzie kształtowało się jego życie jest kwestią tego, jak wychowają go rodzice i co przekażą mu po drodze. Dużo mówi się o opiece kobiet w ciąży i okołoporodowej, a niewiele już mówi się o wsparciu kobiet, które zostają z tym małym człowieczkiem na zawsze, nie mając pojęcia co zrobić, żeby dać mu to, co najlepsze. Cieszę się, że głośno
i otwarcie zaczęło mówić się o depresji poporodowej. Często traktowanie swojego dziecka jak wroga jest wynikiem tego stanu rozchwiania hormonalnego. Rozumiem kryzysy w macierzyństwie i jest to normalne, natomiast nie rozumiem ograniczania bliskości, braku czułości i zachowawczego traktowania dziecka. Nie potrafię, choć może i faktycznie ułatwiłoby mi to życie, zastosować się do „dobrej” rady: „Nie noś, bo się przyzwyczai”. Przecież właśnie o to chodzi, żeby się przyzwyczaiło do najważniejszych osób w swoim życiu, do miłości bezwarunkowej, do ciepła, do zawsze otwartych ramion, do wsparcia, do poczucia, ze jest takie miejsce na ziemi, do którego zawsze mogą przybiec się schronić.

Dziewczyny wiążą chusty, zakładają nosidła, starają się być z dzieckiem najbliżej jak się da i najdłużej jak się da. Jasne, że popadanie w skrajności i noszenie dziecka 24 godziny na dobę przy sobie, a raczej na sobie, nie jest dobre, ale maluch będzie miał jeszcze czas na samodzielność i twardą szkołę życia, na to, żeby zrezygnować z uścisków i wdrapywania się na kolana, nie będzie wiecznie wisiał na ramieniu, ani domagał się bujania w wózku z ulubioną zabawką
i smokiem w buzi.

OCHRONIĆ DZIECIŃSTWO


Pozwólmy dzieciom być dziećmi, takimi jakimi chcą być, ze wszystkimi tego przywarami. Dzieciństwo trwa tak krótko. Zostawmy im tego smoka, pieluchę, wybrudzonego zająca z naderwanym uchem, przytulajmy i nośmy ile się da, za chwilę pójdą dalej, bez nas…Nie przyspieszajmy niczego, nie porównujmy, nie oceniajmy i nie krytykujmy, niech każdy etap wybrzmi pełnym dźwiękiem. Każde dziecko przejdzie do następnego etapu wtedy, kiedy będzie gotowe, nie wcześniej i nie później. Nie rzucajmy im kłód pod nogi od małego, w postaci swojej osoby i chrońmy jak najdłużej ten kruchy, beztroski, dziecięcy świat. Będzie jeszcze później ogrom czasu na przykre doświadczenia, zawody, rozczarowania, ból. Póki się da, trzeba wlewać w te małe ciałka jak najwięcej miłości, czułości, radości, tworzyć zapasy na gorsze, dorosłe czasy.



__________________
Jeśli spodobał Ci się tekst, uważasz, że komuś może się również spodobać, czy przydać - nie wahaj się, udostępnij i poślij dalej :) Masz pytania, bądź chcesz skomentować - pisz. Wpadaj jak najczęściej, a jeśli chcesz być na bieżąco, polub mój fanpage na fb i profil na instagramie :) 


Komentarze

  1. Jest jeszcze rada "nie karm go, niech już sam je" o karmieniu trzylatka łyżką, kiedy ślęczy nad zupą.
    Ale rada mojej mamy - całkiem słuszna - zgodna z tym co zasłyszałaś również Ty jest taka, żeby karmić jeśli tego potrzebuje - skoro tego tego potrzebuje.
    Kiedyś z tego wyrośnie - przecież nie spotyka się 18 latków karmionych łyżeczką przez mamę :)
    Moim zdaniem warto kierować się intuicją. Dziecko sygnalizuje swoje potrzeby - czy to bliskości, czy uwagi. Staram się na nie odpowiadać najlepiej jak potrafię. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja nosze mojego czterolatka na rękach, kiedy tego potrzebuje, bo wiem, ze czas tak szybko leci, ze za moment będzie przyprowadzał dziewczyny i już nie będę mogła tulić mojego syneczka :) Jeśli dziecko potrzebuje bliskości trzeba mu ją okazać, bo później może się okazać, że my tej bliskości będziemy potrzebować i jej nie dostaniemy - takie moje zdanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przez chwilę próbowałam walczyć z nieustannym noszeniem półtorarocznego syna, ważącego swoje kilkanaście kilogramów, ale po akcji, która tu opisywałam, definitywnie przestałam. Teraz mamy swój czas na nieograniczone przytulanie, noszenie na rękach i zaspakajanie wszelkich potrzeb bliskości mojego dziecka i niewiele mnie obchodzą komentarze typu: " Nie noś bo ma nóżki", " Nie noś bo sie przyzwyczai", "Nie noś bo sobie nie poradzisz", "Nie noś bo....." bla bla bla

      Usuń
  3. A ja wychodze z zalozenia, ze trzeba robic wszystko dla do ra dziecka a nie dla "ciotek dobra rada" :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

"TEORIA OPANOWYWANIA TRWOGI" - TOMASZ ORGANEK

DEBIUT ARTYSTY „Teoria opanowywania trwogi” to książka, na którą czekałam z ogromną niecierpliwością i równie ogromną ciekawością. Tomasza Organka jako muzyka i autora tekstów piosenek uwielbiam i cenię, poznawanie go w nowej roli jest ciekawym doświadczeniem. Czytałam wiele opinii na temat jego książki, część z nich oceniała go nie najlepiej i sporo zarzucała zarówno stylowi jak i językowi, część z kolei podkreślała fabułę i mnogość figur stylistycznych, czy odwołań kulturowych, które to nadawały klimat i przykrywały niedociągnięcia debiutanta. Bo należy podkreślić, że to debiut artysty, a więc nie można z góry wymagać perfekcyjnego arcydzieła. Tutaj arcydzieło kryło się właśnie w niedoskonałościach. DIABEŁ TKWI W NIEDOSKONAŁOŚCI Dlaczego?  Ano dlatego, że widać w przeciwieństwie do aury utworu świeżość, soczystość, kompatybilność z fabułą i nastrojem. Szczerość i autentyczność. Utwór Organka „Nie lubię” jest dla mnie tekstem „bliskim krwiobiegu”, mocnym, do...

WEJDŹ W MOJE BUTY, CZYLI W POSZUKIWANIU EMPATII W ZWIĄZKU

Podejdź do mnie. Stań obok. Bardzo blisko. Wejdź w moją skórę. Moje buty.  WEJDŹ W MOJE BUTY Tak, wiem, że w moich butach może być Ci niewygodnie, za ciasne obcierają stopy, za duże utrudniają przemieszczanie się, ale nigdy mnie nie zrozumiesz, jeśli nie spróbujesz postawić się na moim miejscu, nie przejdziesz odcinka drogi w moich butach. To może być niewygodne i bolesne doświadczenie, wychodzisz przecież ze strefy własnego komfortu i opuszczasz swoje jestestwo, ale jeśli nie będziemy od czasu do czasu zakładać swoich butów, zamiast poranionych stóp, możemy mieć poranione serca i dusze. Empatia, zrozumienie, umiejętność wejścia w skórę partnera to mocny fundament pod budowany związek, bez niego konstrukcja jest chwiejna, grozi zawaleniem i dotkliwym poranieniem, a czasem nawet „śmiercią” budowanej Miłości. IF I WERE YOU...   Te metaforyczne buty przyszły mi od razu na myśl w kwestii tematu zrozumienia drugiej osoby. Pamiętam lekcje angiels...

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "KOGUT W ROSOLE" MAREK GIERSZAŁ

materiały prasowe Teatru STU Zadymiony bar, kilka krzeseł, w rogu zawieszona tarcza do gry, grupa zaprzyjaźnionych mężczyzn w średnim wieku. Tak, niby zwyczajnie, rysuje się scena komedii Marka Gierszała „Kogut w rosole", wystawiana na deskach  STU . Jednak fabuła, tocząca się na wolnych obrotach (w pierwszej części momentami aż nazbyt wolnych) nabierając znacznego tempa w okolicach finału, rozpali scenę i głównie damską część publiczności do czerwoności. Budowanie napięcia i oczekiwanie ponad stu minut na wielki finał zapowiadany od początku sztuki, nasuwa nieśmiałe pytanie: czy siedzimy w tym miejscu żeby zażywać kultury wyższej, czy czekamy na aktorski striptiz?  STRIPTIZ DUCHOWY  Marek Gierszał biorąc na warsztat tekst Samuela Jokica pokazał nam dwa wymiary owego striptizu, zarówno cielesnego jak i duchowego, i choć przeplata się tu słodkie z gorzkim, smutek z zabawą, to raczej żadna nuta jakoś drastycznie nie zakłóca tonu komediowego.  W równej mi...